Pierwszą noc spędziliśmy w hotelu Premiere Classe w Dunkierce. Z samego rana musiałam poskładać rower do kupy bo poprzedniego dnia wyjeliśmy przednie koło żeby zmieścić rower do samochodu. Musiałam też zamienić siedzonko dziecięce na bagażnik z torbą bo od tej pory miałam już jechać sama. I oczywiście po raz pierwszy musiałam wymienić dętkę, która to pękła poprzedniego dnia, pewnie z przepompowania. Wydawała mi się cały czas płaskawa więc co chwila ją dopompowywałam. Gdy jechaliśmy już na prom (z rowerem w samochodzie) w pewnej chwili usłyszałam syczenie. Rano okazało się, że miałam około 1 centymetrowe pęknięcie na dętce.
Wyjechałam kilka minut po 9. Było dość gorąco. Aplikacja SCOUT prowadziła mnie jakimiś maleńkimi, bocznymi uliczkami i czułam się przeszczęśliwa.
Po drodze spotkałam małego zajączka, który mi się przyglądał a ja jemu. Nie wiedział jeszcze chyba, że powinien się obawiać ludzi.
Było przepięknie.
Nie dojechałam daleko, gdy musiałam się zatrzymać bo przypomniało mi się, że wyjechałam bez kasku a obiecałam Randze, że będę jechała w kasku. Odjechałam może jakieś 10 km albo i mniej. Zadzwoniłam do Rangi i musiałam na nich trochę poczekać aż dojadą.
Zmarnowałam około godziny, ale nie zepsuło mi to humoru. Wiedziałam, że jeszcze mogę tęsknić za odpoczynkiem :) Miałam też okazję iść do banku i wyciągnąć pieniądze gdybym ich później potrzebowała. Przy banku prawie nie rozbiłam sobie głowy schodząc z roweru. Nabiłam sobie chyba tylko siniaka i dziękowałam opatrzności, że nic sobie nie zrobiłam. Przykro byłoby skończyć podróż w drugi dzień i niezbyt daleko od miejsca startu :)
Gdy nareszcie udało mi się wyjechać, przyglądałam się mijanym domom, były one dużo większe niż domy w Anglii, w okolicy w której mieszkamy, wszystkie wolno stojące z pięknymi placami/ogrodami. Przykro mi teraz, że nie zatrzymywałam się żeby zrobić zdjęcia.
Przepełniona byłam szczęściem, okoliczny krajobraz jeszcze mi w tym pomagał.
W pewnym momencie musiałam się zatrzymać bo coś żegotało mi w rowerze. Tylny hamulec obcierał, coś przeskakiwało w pedale i do tego zaczeło padać. O dziwo nic nie było w stanie zepsuć mi humoru. Pedałowałam dalej.
Jeszcze we Francji mijałam profesjonalnych i mniej profesjonalnych kolaży, którzy mówili mi cześć czy dzień dobry pomimo, że na specjalistkę kolarstwa napewno nie wyglądałam :) I po raz kolejny przykro mi, że nie zrobiłam żadnemu zdjęcia. Gdy przejechałam granicę z Belgią jakoś powoli te miłe cześć i dzień dobry się skończyły. Poniżej zdjęcie ze znakiem Belgii.

I moja na wpół uśmiechnięta twarz.
W tej chwili nie pamiętam już gdzie zrobiłam poniższe zdjęcia
Tutaj zatrzymałam się zeby zrobić zdjęcie sarnom, dlaczego żyły w zamknięciu? Nie wiem.
Przejeżdżałam pięknymi, mało uczęszczanymi drogami
Plecak miałam już przykryty, żeby się nie zmoczył
I jeszcze jedno zdjęcie z pół uśmiechniętą twarzą :)
W pewnym momencie nieco się zgubiłam, SCOUT szybko się dostosował, ale z jakiegoś względu postanowiłam sprawdzić orginalną drogę. I miałam szczęście, bo znalazłam mały przystanek autobusowy z dachem, i jak tylko postanowiłam zatrzymać się na lunch... zerwała się ulewa.
Tutaj były krowy, nie wiem dlaczego nie zrobiłam żadnej zdjęcia :(
Po jakimś godzinnym wypoczynku w trakcie, którego posiliłam się daktylami i bananami wyruszyłam dalej, podziwiać krajobrazy,
miasteczko nieco mniej imponujące
i architekturę mijanych domów.
Przejeżdżałam nawet koło cmentarza Brytyjskich żołnierzy
Niedaleko za cmentarzem przepiękne widoki
I zaraz krówki. Za każdym razem jak widziałam jakieś to mówiłam im w myślach, że jadę dla nich, że już wkrótce nie będą zabijane ani na mięso, ani dla mleka. Płaczki stawały mi w oczach. Nie wiem czy ze smutku czy z radości wierząc, że już niedługo zwierzęta nie będą traktowane jak przedmioty. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że te krowy, które mijałam należą do tych szczęśliwszych, tych, które mogą jeść trawę i widzieć słońce. Wiele z tych, które mają gorsze życie jest niewidocznych dla większości ludzi. Inaczej mam nadzieję, że świat już byłby wegański.
Rower coraz bardziej dawał mi się we znaki i modliłam się żeby znaleźć jakiś sklep rowerowy. I wyobraźcie sobie co się stało... Proście, a wasze prośby będą spełnione :)
Nie tylko był tam sklep rowerowy, ale na zapleczu był mechanik i nie dość, że pomógł mi wymienić pedała to wyregulował mi hamulce. Nie byłam w stanie wyrazić wdzięczności.
Jak wyjechałam z parą nowych pedał i nareszcie nic mi nie przeskakiwało, czułam się najszcześliwszym człowiekiem na ziemi. Moja prędkość wzrosła też z 18 km/godz do 28 km/godz ;)
Niestety po jakimś czasie okazało się, że problem nie tkwił tylko w pedałach, coś jeszcze tam zgrzytało, ale jechałam dalej.
Przejechałam przez kolejne miasto, niestety chyba nie miałam włączonej lokalizacji na zdjęciach bo nie umię znaleźć gdzie robiłam zdjęcia :(
I znów nad rzekę. Poniższe zdjęcie zrobiłam o 15:42
Nad tą rzeką SCOUT zafundował mi most. Jak zobaczyłam go z daleka to się przestraszyłam, nie wyobrażałam sobie wnoszenia roweru z obciążeniem po wszystkich schodach.
Na szczęście był przede mną inny rowerzysta i zobaczyłam, że jest tam wjazd dla rowerów. Dość stromo, ale dałam radę.
Jeśli cały dzień się pedałuje to trzeba od czasu do czasu zjechać na stronę. Czasami... ciężko było znaleźć odpowiednie miejsce, a pęchęrz nalegał :) Tutaj jedno z nietypowych miejsc.
I jak wyglądałam po wyjściu :)
Jazda na rowerze ma dużo plusów, jednym z nich jest darmowe jedzenie :) Postój o 16:44
Niestety, nie można ciągle odpoczywać i ciągle jeść :) więc znów wyruszyłam w drogę.
Kolejne miasto
i domki
I znów pięknie, zielono
W pewnym momencie SCOUT poprowadził mnie bardzo dziwnym przejściem, i to tylko żeby zaoszczędzić jakieś 200m. Wachałam się, czy nie jechać dookoła, ale... warto było, przejeżdżałam tyłami domów, w jednym ktoś właśnie miał imprezę, w innym nareszcie zobaczyłam psa, i nawet mnie obszczekał :)
I znów wiejskie krajobrazy
A tutaj jedno z niewielu zdjęć domów moich dobroczyńców, ludzi, którzy napełniali mi po drodze butelki z wodą. Moja wdzięczność jest wielka. W tym domku pan najpierw powiedział, że nie, chyba myślał na początku, że chciałam mu sprzedać butelkę :))) Przypomniało mi się jedno słowo po niemiecku "wasser" i jak zrozumiał, że chodziło mi tylko o wodę to nie tylko napełnił mi butelkę, ale napełnił ją lodowatą wodą, której normalnie nie lubię, ale w ten jeden z najgorętszych dni w roku... byłam jeszcze wdzięczniejsza, że woda była lodowata. Niestety nie mówię po Flamandzku więc podziękowałam tylko po angielsku i chyba niemiecku.
Po odpoczynku pojechałam dalej. Zaczynało się już czuć nadchodzący wieczór. Poniższe zdjęcie wygląda jak w nocy bo było robione pod światło. Była to dopiero 19-ta.
Później znów kilka interesujących domków
I kolejne miasto, jeśli dobrze pamiętam to było to gdzieś na północny-zachód od Brukseli
I kolejna niespodzianka zgotowana przez SCOUT, przejazd przez centrum handlowe
Kolejny piękny domek
i kilka mniej pięknych
Już po 21-ej, zaczęłam się martwić czy znajdę jakiś las na nocleg. W ciągu całego dnia prawie nie widziałam lasów, Wyjeżdżałam z jednego miasta/wioski, żeby wjechać do drugiej wioski czy miasta.
Nadal jechałam nie tracąc zainteresowania otaczającą okolicą, robiło się zielono, to dobry znak :)
Przejeżdżając z tyłu jakichś domków zobaczyłam coś interesującego, co miałam później pokazać córce, chyba do tej pory nie pokazałam :)
Robiło się ciemno
I nareszcie wjechałam na ścieżkę, która dała mi nadzieję na nocleg
Nie jechałam nią długo, po jakichś 10 minutach zobaczyłam odpowiedni lasek, gdzie mogłam spocząć na spoczynek. Miejsce niewidzoczne ani ze ścieżki, ani z domów. Tutaj zostałam na noc. Niedaleko krów, chyba zrobiłam im zdjęcie na następny dzień jak wstałam.





Dużo osób było zszokowanych, że spałam w lesie. Tak, i było to jedno z najlepszych przeżyć. Fajnie tak spać spontanicznie. Zjechałam na spoczynek około 21:30, nie wiem kiedy usnęłam, ale chyba szybko, około 23-ciej coś mnie obudziło. Słyszałam, jak szeleściły liście, nie mogło to być nic bardzo ciężkiego bo nie łamały się gałązki. Gdy zaświeciłam latarkę w tamtą stronę, chałas ucichł a ja mogłam spowrotem iść spać. Drugi dzień wycieczki miałam za sobą. Nie byłam zbytnio zadowolona z pokonanego dystansu, i cały czas myślałam o tym, że pierwszego dnia nie dojechałam do Dover jak zamierzałam, ale... tego dnia byłam szczęśliwsza, dojechałam gdzie dałam radę. Mogłam jechać jeszcze dalej, ale rezykowałabym tym, że mogłam nie mieć miejsca na nocleg. Och, dziękuję ci opatrzności za to, że znalazłam spokojne miejsce na nocleg, za to, że ludzie napełniali moją butelkę wodą, oraz za to, że widziałam tyle pięknych krajobrazów. I dziękuję Nina, że pożyczyłaś mi przenośnej ładowarki, cóż ja bym zrobiła bez niej??? Alleluja!